Gdzie dwóch lub trzech gromadzi się w imieniu moim, tam Ja jestem obecny pośród nich. Parafrazując słowa Jezusa, trudno oprzeć się wrażeniu, że nasz Pan ma na myśli zgromadzenie wierzących, choćby bardzo niewielkie, którzy spędzają czas na modlitwie, uzgodniwszy wcześniej jej cel. Gdy cel ten szczytny i pożyteczny, Pan bez wątpienia współdziała ku dobremu ze wszystkimi zgromadzonymi. Czy jednak błogosławiony czas modlitwy jest wyłącznie miłą wonnością przed Panem? Wierzę, że nie.

Nie ulega wątpliwości, że zamysłem Boga dla zboru jest jedność i jednomyślność współwyznawców. Pan wzywa też do okazywania sobie miłości i szacunku. Namawia do gościnności i udzielania sobie wzajemnej pomocy, choć z drugiej strony przykazuje by udzielać wsparcia gdy brat/siostra boryka się z problemami oraz napominać, gdy zachodzi potrzeba. To tylko niektóre z wytycznych, jednak by je realizować trzeba ze sobą… być. Niepodobna pomóc bratu, któremu nawet nie dano szansy zasygnalizowania swoich potrzeb, bo i jak, skoro cała zażyłość z nim ogranicza się do wymiany pozdrowień i obowiązkowych uśmiechów. Trudno skonfrontować poglądy czy wymienić się świadectwami z siostrą, która po niedzielnym nabożeństwie wychodzi zanim wszyscy zdążą uścisnąć jej dłoń. A już skrajną niemożliwością jest pomóc w problemie wierzącemu, który jest przecież Chrześcijaninem doskonałym. Nikt jednak nie wie, jak wygląda jego życie poza środowym wieczorem i niedzielnym przedpołudniem. Choć słowa te brzmią niemal jak subtelne wezwanie do masowej inwigilacji, to jednak rzucają też trochę światła na pewien istotny aspekt życia wspólnoty – budowanie relacji.

Nie ma chyba niczego wspanialszego dla Chrześcijanina niż znaleźć się ze współwyznawcami w Bożej obecności i w jednym Duchu chwalić Boga na zgromadzeniu. Trudno jednak tak do końca zdać sobie sprawę z kim się stoi, bo i trudno poznawać współwyznawców w czasie Bożej Chwały, kiedy wszyscy zajęci są… oddawaniem Bogu chwały. Wtedy, a i to nie zawsze, daje się poznać jedynie temperament braci i sióstr. Co innego, gdy wyżej wymienieni bywają razem na grupach domowych. Zazwyczaj luźna atmosfera biblijnych spotkań całkiem dobrze sprzyja tworzeniu się zażyłości, jednak to właśnie prywatny, często z trudem wydarty z domowego organizera czas w głównej mierze stanowi o jakości więzów, które łączą chwalców z jednego Kościoła. Wówczas, gdy dochodzi do pozornie niewiele znaczącego spotkania dwóch lub trzech w Bożym Duchu, powstaje porozumienie, które może się oprzeć niejednej próbie w przyszłości. Może właśnie wtedy da się poznać brata od strony, która nie ujawniłaby się w innych, bardziej oficjalnych okolicznościach. Może dzięki temu uda się spojrzeć na niego łaskawszym okiem i nie ufać złudnym pozorom. Niewykluczone, że podczas podobnego spotkania siostra zwierzy się z problemu, którego wspólne, także z Bożą łaską, rozwiązanie może zmienić jej życie. A choćby i się pożalić i stwierdzić, że nie jest się odosobnionym w codziennej walce, a przy tym skorzystać ze sprawdzonych patentów starszych w wierze i walkę tą wygrać na dobre? Poza oczywistymi korzyściami duchowymi płynącymi z takich nieformalnych spotkań wierzących, nie można zapomnieć o jakże prozaicznej, a zarazem jakże ważnej dla każdego potrzebie oddania się rozrywce w ogóle. W dodatku w najlepszym towarzystwie. Warto więc może wykroić trochę tak cennego czasu na coś, co każdy w gruncie rzeczy lubi. Wspólna kawa, kolacja, partia szachów – nie ważne co i nie ważne gdzie. Ważne za to z kim, bo kto okaże się lepszym powiernikiem, opiniodawcą czy wreszcie przyjacielem, jeśli nie brat czy siostra? W końcu wszyscy przecież jesteśmy jednego Ducha.

Michał Karczewski