Kilkanaście lat temu spędzałem wakacje za zachodnią granicą. Przechadzając się ulicami jednego z niemieckich miast, zauważyłem dwóch czarnoskórych mężczyzn, którzy wdrapali się na sąsiadujące ze sobą latarnie. Niektórzy przechodnie zwrócili uwagę na ich nietypowe zachowanie, jednak dwaj mężczyźni zdawali się nie zauważać otaczającego ich tłumu. Wyglądali, jakby podejmowali się zwykłej, codziennej czynności, bez odrobiny wstydu czy zażenowania. Po zajęciu swoich pozycji zaczęli wykrzykiwać coś do siebie podniesionymi głosami. Nikła znajomość niemieckiego nie pozwoliła mi zrozumieć o czym krzyczeli, czułem jednak, że ma to coś wspólnego z religią. Po latach zrozumiałem, że dwaj czarnoskórzy mężczyźni zwiastowali ewangelię, celowo wybierając zatłoczony fragment dużego miasta, by trafić do jak największej liczby odbiorców.

Nieco sztucznie i raczej na własne potrzeby dzielę fragmenty Biblii na informacyjne, napominające, ostrzegające, krzepiące, służące refleksji, wzmocnieniu, ugruntowaniu i pewnie jeszcze wiele innych, w zależności od potrzeby. Podział ten dotyczy również tego, jak Boże Słowo oddziałuje na mnie w danym momencie i jaki stan ducha wywołuje. W tej sytuacji podział wygląda inaczej. Jedne fragmenty napawają mnie bezbrzeżną radością, inne lekką obawą, a jeszcze inne dojmującym przerażeniem. Wśród ostatnich wypowiedź Pana Jezusa przytoczona w dziewiątym rozdziale ewangelii Łukasza: Kto bowiem wstydzi się mnie i moich słów, tego i Syn Człowieczy wstydzić się będzie, gdy przyjdzie w chwale swojej i Ojca, i aniołów świętych. Zdanie to opisuje dwa zjawiska – akcję i reakcję, ujmuje działanie człowieka i Bożą odpowiedź na nie. I właśnie ta odpowiedź napawa mnie strachem. Czy ktokolwiek, kto uważa, że zna Pana może liczyć się z ewentualnością, że w Dniach Ostatecznych On zawstydzi się za swoje dziecko? Jeżeli tak, to jak można uniknąć tak strasznej perspektywy? Często oglądając film lub będąc świadkami jakiegoś żenującego zdarzenia, wstydzimy się za jego sprawców. To niezbyt miłe uczucie, jednak o ileż gorsza jest świadomość, że gdy zrobiliśmy coś nieodpowiedniego, ktoś wstydził się za nas.

Bez wątpienia nasz Pan chce, byśmy byli Jego świadkami. On pragnie, by każdy wierzący dał świadectwo swoją postawą, życiem i wyborami. Dlatego posłał apostołów i uczniów z misją wśród ludzi, którzy nie usłyszeli jeszcze Dobrej Nowiny kiedyś, dlatego też w mocy Ducha Świętego organizuje masowe ewangelizacje dziś. Niezależnie od skali czy formy tego przedsięwzięcia, cel pozostaje jeden – ogłoszenie imienia Jezus wśród ludzi, by uwierzyli i dostąpili zbawienia. Co do formy głosy są podzielone. Świat się zmienia, wraz z rozwojem techniki i postępem cywilizacyjnym zmianom ulegają także ludzkie oczekiwania. Prosto głoszona ewangelia, która docierała do ludzi przed siedemdziesięciu laty, dziś nie zawsze spotyka się z żywą reakcją. Wielu ewangelistów korzysta zatem z dobrodziejstw rozwoju i własnej pomysłowości, by wzbogacić formę przekazu Bożego Poselstwa, choć oczywiście nie wszystkim to w smak. Osobiście nie kwestionuję żadnej z obu metod, nie wyrokuję też o ich skuteczności. Wierzę natomiast, że dobry będzie jedynie ten sposób dotarcia do człowieka, który pozyska Bożą aprobatę, bo będzie częścią Jego planu. Niezależnie od tego, czy zwiastowanie oprze się na koleżeńskiej rozmowie, wręczeniu Nowego Testamentu, czy multimedialnej projekcji z pokazem laserowym i występem chóru gospel włącznie.

Nie o formę zatem chodzi czy nawet o skalę przedsięwzięcia, choć ta ostatnia, i owszem, jest istotna. Liczy się cel, a więc głoszenie Jezusa Chrystusa za wszelką cenę, wszystkimi dostępnymi środkami i sposobami. Ktoś może powiedzieć, że nie każdy jest predysponowany do głoszenia ewangelii, może komuś brakuje siły przebicia czy łatwości w nawiązywaniu kontaktów. Myślę, że nie jest to żadne wytłumaczenie zarówno w świetle Bożego powołania wszystkich Chrześcijan, jak i przytoczonego wyżej fragmentu ewangelii. Bo kiedy Pan powołuje, a Duch Święty namaszcza, wówczas każdy znajduje swoją latarnię, na którą się wdrapuje i nic nie robiąc sobie z tłumu ogłasza Dobrą Nowinę. Bez wstydu, strachu czy zażenowania.

Michał Karczewski